Co zrobić, kiedy wykładowca wyprosi cię z sali przed egzaminem?

Photo by Brooke Cagle

Na pewno nie to, co ja. Ale żeby dojść do takich wniosków, koniecznie muszę wam pokrótce nakreślić dzisiejszą sytaucję, bo to wymaga pełnego obrazu.

Wyobraźcie sobie, że przez cały semestr chodzicie na niekoniecznie ciekawy wykład, bo wiecie, że dobre notatki możecie tylko sami sobie zapewnić. Notujecie skrupulatnie niemal każde słowo wykładowcy, potem segregujecie te notatki, przypisujecie na czysto do komputera, jesteście dumni ze swojego zorganizowania, dzielicie się notatkami z każdym, kto poprosi, bo to oznacza cały kosz pączków w podziękowaniu. Ale zapominacie o pewnej ważnej rzeczy – nie uczycie się ich i kiedy wykładowca mówi, że za tydzień zrobicie sobie egzamin, wpadacie w lekką panikę. Jak to, tyle stron trzeba się nauczyć w tak krótkim czasie (bo oczywiście jesteście ambitnymi studentami, chcecie dostać się na wymianę, stypendium też nie pogardzicie). Więc wracacie do domu z poczuciem przegranego życia.

Potem za to przychodzi opanowanie i myślicie, że dacie radę, w końcu to nie dużo, a wy potraficie się zdyscyplinować. I przez te siedem dni systematycznie, wysilając swoją leniwą naturę do granic możliwości, uczycie się kawałek po kawałku, powtarzacie to, co już umiecie i codziennie dodajecie parę nowych zagadnień. Oczywiście, jak to zwykle bywa, dookoła dzieje się tyle ciekawych rzeczy, ale wy odpoczywanie tylko dzień i tym sposobem w dzień egzaminu jesteście gotowi.

Potraficie niemal zacytować całe notatki po kolei, co więcej – rozumiecie je i nawet bez schematu zastosowanego na wykładach jesteście w stanie przedstawić ich ogólne założenia. Czujecie, że to będzie najlepszy dzień w waszym życiu. Jeszcze nigdy nie byliście tak dobrze przygotowani, rzucicie wykładowcy tym egzaminem triumfalnie do teczuszki leżącej na biurku, wiecie, że napiszecie go na przynajmniej 5 z plusem. Że USOS po wstawieniu tej oceny wybuchnie – taka będzie dobra i wielka. Na dodatek na zajęciach tuż przed egzaminem z innego przedmiotu dostajecie zadanie żeby założyć hipotetycznego bloga na własnej domenie, opisać koszty, hosting, wymagania, parametry techniczne. A przecież dokładnie to robiliście rok temu, więc prowadzący jest bardzo zadowolony z ykonanej pracy. Co, jak na niego, jest dość niespotykane.

Więc niczym Kapitan Ameryka na zawody kulturystyczne wchodzicie na salę, siadacie gdziekolwiek, bo przecież wszystko umiecie, więc nie będziecie biec do ostatnich ławek, może być pierwsza lepsza, przecież nie będziecie ściągać. Czujecie się wyżsi – siedzicie, nie powtarzacie gorączkowo czterech zagadnień na raz. Koleżanka z tyłu o coś was pyta, więc odwracacie się do niej, żeby jej szybko odpowiedzieć, bo wykładowca już zaczyna rozdawać kartki i w momencie, kiedy wy kończycie zdanie, on mówi, żeby nie rozmawiać. Nie zdążyliście się odwrócić, bo ta koleżanka coś jeszcze kiwa, kiedy słyszycie jego głos skierowany mniej więcej w waszą stronę.

„Panią proszę o opuszczenie sali, ponieważ powiedziałem, żeby nie rozmawiać”. Przez pierwsze kilka sekund nie rozumiecie, że to do was, odwracacie się spokojnie i wtedy widzicie, że wykładowca patrzy się akurat na was i powtarza zdanie. Pakujecie się spokojnie, bo nie dotarło do was, co właściwie się dzieje – trochę jakby wasze ciało pierwsze zareagowało na polecenie.

Nagle sens tego zdania staje się jasny. I wtedy błagam, zróbcie coś innego niż ja. Nie wiem, przeproście, poproście o drugą szansę, zaproponujcie czekoladę na zgodę, cokolwiek. Bo ja uśmiechnęłam się szeroko, bliska roześmiania się głośno, i taka rozbawiona powiedziałam mu „do widzenia”, po czym dziarsko wyszłam. Dopiero przed budynkiem nie wytrzymałam i roześmiałam się głośno.

Obiecajcie mi zatem, że  nigdy, przenigdy, nie zareagujecie na  wyproszenie z sali, karę przecież, jakby to dla was była najzabawniejsza sytuacja na świecie. Obiecajcie!

Do dyspozycji macie mojego maila, a także kilka kanałów social media. Linki znajdziecie bez problemu, w końcu jesteście mądrzy.

Share Button